piątek, 9 października 2009

Przegląd vol.1


W ostatnim czasie za cholerę nie mogę się zebrać żeby cokolwiek zrecenzować, dlatego dla własnej motywacji i aby zrobić jakikolwiek krok naprzód przedstawiam tegoroczne pozycje, których warto posłuchać... lub od których należy trzymać się z daleka.

1. Anaal Nathrakh - In the Constellation of the Black Widow / 8/10
- Najlepszy zespół łączący elementy black/death i grind. Bardzo różnorodny materiał pod względem riffów i wokali.

www.myspace.com/anaalnathrakh

2. Clark - Totems Flare / 8/10
- Nie jestem znawcą IDM ani elektroniki w ogóle, ale ta płyta jest fenomenalna. Jedna z najważniejszych pozycji w tym roku.

www.myspace.com/throttleclark
3. Asphyx - Death...The Brutal Way / 8/10
- Najlepszy death metal tego roku.

www.myspace.com/asphyx1987
4. Om - God Is Good / 7/10
- Bardzo solidny stoner/doom grany przez byłych członków Sleep. Fanom gatunku rekomendować nie trzeba.

www.myspace.com/variationsontheme
5. Eryn Non Dae. - Hydra Lernaia / 7/10
- Dla wyznawców Meshuggah, Gojiry. Moze się podobać.

www.myspace.com/end1freefr
6. Fever Ray - Fever Ray / 7/10
- Niezwykle klimatyczna płyta, łącząca elementy elektroniki z przyjemnym śpiewem pani z The Knife.

www.myspace.com/feverray

7. Thursday - Common Existence / 7/10
- Spodziewałem się jakiegoś mało wartościowego emo, a dostałem ciekawą energiczną płytę, ze świetnymi śpiewanymi wokalami. Również bardzo pozytywne zaskoczenie.

www.myspace.com/thursday
8. Burnt by the Sun - Heart of Darkness / 6/10
- Oczekiwałem czegoś więcej. Z drugiej strony fajnie, że w ogóle się ten album ukazał.

www.myspace.com/burntbythesun
9. Big Business - Mind The Drift / 6/10
- Najsłabszy album biznesmenów.

www.myspace.com/bigbigbusiness
10. Devildriver - Pray for Villains / 5/10
- Nuda. Znowu to samo. Nuda.

www.myspace.com/devildriver
11. Caspian - Tertia / 4/10
- Niektórym się podoba. Ja widziałem na żywo i był to jeden z najnudniejszych występów jakie widziałem. Na płycie trochę lepiej, ale instrumentalny post-rock co raz rzadziej mnie interesuje.

www.myspace.com/caspiantheband

sobota, 8 sierpnia 2009

Kehlvin - The Mountain Daylight Time (2006)


Od jakiegoś roku z entuzjazmem zapoznawałem się z wszystkim co miało tylko coś wspólnego ze słowem sludge. Fascynacja Cult of Luna, Callisto, długa przygoda z dyskografią Neurosis, wreszcie ich następcy czyli zespół Minsk, genialna Amenra, Year of No Light czy solidny Time to Burn. Przyszedł jednak czas, kiedy o nowe wydawnictwo na wysokim poziomie w tym gatunku a.d. 2009 niezwykle trudno. Nawet Minsk obniżył loty i choć ich nowa płyta jest świetna, to mimo wszystko liczę na ciekawsze eksperymenty w przyszłości.Odgrzebując starsze płyty natrafiłem na materiał grupy Kehlvin ze Szwajcarii. We Francji w szczególności, ale także w Szwajcarii i Belgii scena zespołów atmosferycznego metal/hardcore, zwanego niechlubnie post-cośtam ma się świetnie. Dlatego oczekiwania miałem duże.

Wydany w 2006 roku "The Mountain Daylight Time" wydaję się być praktycznie kompletnym albumem w gatunku. Większość kompozycji jest dość długa, ale są i numery 2 i 4 minutowe. Jak to w tej muzyce bywa, w kompozycjach dzieje się dużo, albo przynajmniej sporo. Słuchając raz i drugi w końcu jednak powiedziałem stop. Szwajcarom z Kehlvin zdecydowanie brakuje kilku czynników, abym mógł nazwać tę płytę dobrą i słuchać jej z przyjemnością. Złapałem się na tym, że wręcz zmuszałem się aby słuchać tej płyty, która jak się okazuje jest po prostu przeciętna, a momentami niesłychanie nudna. Doskonale jednak wiem, że miłość do muzyki niektórych kapel przychodzi z czasem to jednak w tym przypadku praktycznie jestem pewien, że Kehlvin zaliczyć mogę do rozczarowań, a ich płytę puszczał będę niezwykle rzadko, a wręcz jej unikał.

Mimo kilku momentów i mimo słyszalnych umiejętności Szwajcarzy nie są w stanie przykuć mojej uwagi na tyle abym mógł chociaż przypuszczać, że może za kolejnym przesłuchaniem ich muzyka "mi wejdzie". To jeden z tych albumów, których po prostu chcesz wyłączyć, z myślą o czymś bardziej ciekawym i oryginalnym. A w przypadku sludge'u koniecznie aby zespół potrafił powalić kiedy już zakończy wszelkie wstępy i po prostu zacznie grać ciężko. Niestety na płycie Szwajcarów brak wielu z tych detali, czyniąc ich muzykę mało atrakcyjną.

sobota, 25 lipca 2009

City of Ships - Look What God Did to Us


Amerykanów z City of Ships miałem okazję zobaczyć na żywo we wrocławskim Firleju, gdzie grupa ta występowała przed Blindead i Rosettą. Zagrali tylko cztery utwory, a ich koncert można by określić jako "taki sobie", głównie za sprawą nie najlepszego nagłośnienia. W zasadzie po ich występie zapamiętałem jedynie osobę wokalisty / gitarzysty z jego specyficznym, monotonnym wokalem. Tym większe moje zdziwienie po przesłuchaniu nowego albumu zespołu, jak koncert ten był złudny, ponieważ to co najlepsze w muzyce City of Ships nie było tego dnia kompletnie słyszalne.

"Look What God Did to Us" zawiera dziesięć świetnie zaaranżowanych utworów oscylujących wokół tzw. post-hardcore (nie znoszę terminów muzycznych z przedrostkiem "post"), ale najlepiej moim zdaniem do tego grania pasuje słowo "sludge", a szczególnie jedno z polskich tłumaczeń: "muł". Z pewnością takie moje skojarzenie ze względu na wspominaną manierę wokalną lidera zespołu, ponieważ sama muzyka do najbardziej "zamulających" nie należy, a wręcz przeciwnie - porywa. Największym atutem City of Ships jest wszechstronny gitarzysta / wokalista, który jest dla kapeli znakiem rozpoznawczym, a w szczególnym stopniu tworzone przez niego zachwycające riffy. Dzięki jego pracy zespół zyskał to co najbardziej cenię, czyli nowatorskie, ekstrawaganckie brzmienie. Wobec tej płyty nie można przejść obojętnie mówiąc "takie sobie" (jak ja po koncercie), bo City of Ships albo odrzuca na wstępie, albo przykuwa uwagę na długo.

Moja początkowa niechęć wyniesiona z Firleja zamieniła się w uznanie dla umiejętności zarówno aranżacyjnych jak i technicznych tych debiutujących muzyków. Potrafili oni stworzyć świetny album, o specyficznym klimacie, z wieloma świetnymi riffami. "Look What God Did to Us" to jedna z ważniejszych pozycji obecnego roku, który jak do tej pory nie przyniósł wielu wybitnych płyt, ale z pewnością omawiany album znajdzie się w czołówce mojego rocznego podsumowania.

środa, 15 lipca 2009

Mindfield - Snap of Fingers EP


Jest niezwykle trudno zachować wskazany obiektywizm pisząc recenzję debiutu grupy z własnego miasta, której się mocno kibicuje. Postaram się jednak nie pisać panegiryku, ale spojrzeć krytycznym okiem (uchem) słuchacza na ten debiut dobrze zapowiadającego się zespołu.

Mindfield to kwartet z Jasła, który powstał na gruzach innej lokalnej formacji Trigger. Jest to zdecydowanie najbardziej wyrazisty i poważny projekt z jakim przyszło mi się spotkać na miejscowym gruncie. Chłopaki nie próżnują i starają się promować swój materiał we wszelaki sposób, za pośrednictwem radia jak i tv, mam nadzieję że również moje słowa zachęcą kogoś aby zapoznać się z ich twórczością czy pójść na koncert.

Jak sami twierdzą ich muzykę ciężko wrzucić do jednej szufladki, a i ja nigdy nie byłem zwolennikiem sypania z rękawa odgórnie narzuconymi terminami. Z pewnością dla osłuchanego odbiorcy za pierwszym razem nasuną się wyraźne inspiracje jakimi posługuje się Mindfield. Ja posunąłbym się to stwierdzenia, że ich styl to wypadkowa wpływów Sepultury i Toola choć i tak będzie to pewnie mocne nadużycie. Największym znakiem rozpoznawczym Mindfield jest ich oryginalny styl, w dużej mierze oparty na ciekawej, specyficznej manierze wokalnej Karola Pankiewicza, która nadaję całości na zmianę melodyjności i ciężaru. Słychać, że kompozycję powstawały w sposób spontaniczny, ale przy tym materiał jest przemyślany i zmiany tempa nadają klimatycznego wymiaru muzyce, a nie powodują u słuchacza konsternacji. Nie boję się nazwać też tej muzyki wręcz na swój sposób przebojową. Snap of Fingers to solidnie zagrany i poprawnie nagrany materiał, który również na koncertach świetnie się sprawdza. Szczególnie podoba mi się kiedy muzycy zwalniają i starają się budować napięcie aby po chwili wybuchnąć. Być może na kolejnych wydawnictwach będzie więcej takich momentów.

Mindfield dopiero zaczynają swoją przygodę, a ich debiutancki EP już napawa optymizmem i liczę, że nowych pomysłów których im nie brakuje będę mógł posłuchać na ich następnych płytach. Nie boją się grać po swojemu i nie kopiując przy tym dokonań innych powinni rozwijać swój styl dalej. Liczę podobnie jak sam zespół, że ich wysiłek zostanie doceniony i będziemy mogli jeszcze posłuchać ich pełnych płyt w niedalekiej przyszłości.

www.myspace.com/mindfieldjaslo

niedziela, 17 maja 2009

The Chariot - Wars and Rumors of Wars


Co raz trudniej, o ciekawe płyty spod wyświechtanego już mocno znaku metalcore'a. Czasy kiedy nowe, mniej lub bardziej wartościowe albumy pojawiały się kilka razy do roku dawno minęły. Ale nadal staram się śledzić nowe wydawnictwa grup, których niegdyś słuchałem z namiętnością. Tymczasem przedstawić chciałem nową płytę zespołu The Chariot, który to długo nie należał do moich szczególnych faworytów. Zmieniło się to dopiero z wydaniem najciekawszego dotychczas "The Fiancee". Niezwykle cenię Jeffa Scogina za to co zrobił wraz z Norma Jean na "Bless the Martyr and Kiss the Child". Kierunek obrany później przez jego zespół wskazuje, że frontman chciał tworzyć muzykę dużo bardziej agresywną i bezkompromisową niż jego koledzy, którzy z każdą płytą spuszczają z tonu. Poprzedni album mimo, że w gruncie rzeczy kontynuował drogę obraną wcześniej stał na dużo wyższym poziomie. Nie zabrakło eksperymentów, jednak niezbyt licznych, a mimo to szczególnie rozpoznawalnych i charakterystycznych. "Wars and Rumors of Wars" natomiast żadnym zaskoczeniem nie jest i do dyskografii wnosi tylko dużą dawkę solidnego grania. Stylem nadal mocno nawiązują do wspomnianej płyty NJ i już samo to jest dla mnie dużym plusem. Numery oparte są na uproszczonych kompozycjach przesiąkniętych jak zwykle agresywnym wokalem i szalonymi riffami, ze spora ilością breakdownów. Już po pierwszym przesłuchaniu jednak, możemy stwierdzić, że niestety grupa zatraciła chęć kombinowania co wpływa na ogólny odbiór ich nowych utworów. Płyta trwa zaledwie 30 minut i jej zawartość spełnia swoje zadanie, jakim według mnie jest nowy materiał na koncerty i pretekst by takowe grać. Sympatyków ciężkiego łojenia zagranego z głową nie brakuje i pewnie jak długo The Chariot i inne podobne im zespoły będą mieć swoją publiczność, tak długo będą powstawać takie płyty.

wtorek, 12 maja 2009

Blindead - Impulse EP


Od jakiegoś czasu Polska scena muzyczna, może kojarzyć się fanom ciężkich brzmień nie tylko z grupami death metalowymi. Wszystko za sprawą gdyńskiego Blindead, który może stać się na naszym ważnym towarem eksportowym. Ich zeszło roczny krążek "Autoscopia / Murder In Phazes" jest dla mnie wyjątkowy z kilku względów. Dawno nie było w naszym kraju grupy, która tworzyłaby muzykę w sposób bezkompromisowy i jednocześnie stojacy na wysokim poziomie kompozycyjnym i produkcyjnym, a do tego która byłaby w stanie odnieść sukces. Blindead ma ku temu predyspozycje, mimo że w polskiej muzyce doom/sludge metalowej dopiero przeciera szlaki.

"Impulse" EP to solidne wydawnictwo, które potwierdza moją pozytywną opinię o tych panach. Trzy utwory utrzymane są w oryginalnej konwencji, opartej na budowaniu klimatu. W odróżnieniu od poprzedniej płyty, więcej na niej spokoju, ciszy, momentów melodyjnego śpiewu (także żeńskiego). Mniej jest gwałtowności czy też nagłych wybuchów, które są przecież stałym elementem tej muzyki. Dominuje zrównoważony nastrój i minimalizm, a klimat ociera się w dużym stopniu o ambient . Wokale ponownie zostały bardzo precyzyjnie wkomponowane w odpowiednie momenty numerów, zwłaszcza w "Distant Earths" są niezwykłym atutem. Zespół nie boi się zaskakiwać i dlatego z ich muzyką trzeba się koniecznie zapoznać. Sam jestem ciekawy nowych numerów na koncertach, które szykują się w doborowym towarzystwie amerykańskiej Rosetty.

Zao - Awake?


Zao to zespół, który w wyjątkowy sposób wpłynął na to jakiej muzyki słucham. Dlatego, ze szczególnym sentymentem spoglądam na dokonania tej wybitnej kapeli. Bezapelacyjnie pierwsze dwie płyty nagrane z Danem to krążki wybitne, natomiast z kolejnymi było już różnie. Zao nigdy nie bało się eksperymentować i co oczywiste, różnie na tych eksperymedntach wychodziło. Dobry kocnept album w postaci "The Funeral of God" , a następnie kompletna klapa w postaci "The Fear is What...". Tymczasem po trzech latach ciszy, Zao przebudziło się wydając nowy album "Awake?". Gdy zobaczyłem po raz pierwszy pytajnik w tytyle, zastanawiałem się czy aby nie będzie on proroczy i czy przebudzenie nie będzie tylko krokiem w stronę grobu.

Już pierwsze dźwięki nowej płyty mówią o niej bardzo wiele. Grupa odeszła od nieudanych prób nagrywania na analogowych taśmach znanych z poprzedniej płyty. To zło wcielone spowodowało utratę jednej z najbardziej charakterystycznych dla Zao cech w postaci specyficznych gitar i wokalu Weyandta. Dzięki temu grupa wraca do korzeni brzmienie jest naprawdę powalające. Z każdym kolejnym utworem cieszyłem się mogąc słuchać takiego Zao, jakiego nie dane mi było przez pięć ostatnich lat. Mocne, toporne riffy i ten wybitny, przerażający, niedościgniony wokal Weyandta sprawiają, że Zao faktycznie przebudziło się. Utwory trzymają wysoki poziom kompozycyjny, nie brakuje ciekawych riffów i wspaniałej pracy sekcji rytmicznej. Charakterystyczne, że powrócili również do śpiewanych chórków, które być może mogą wadzić. Mnie jednak ani na "The Funeral...", ani na "Awake?" nie przeszkadzają. Jedni z prekursorów metalcore'a, wracają w świetnym stylu i "Awake?" z pewnością nie zawiedze nikogo kto ich dokonania ceni. Ja zdaję sobie sprawę, że moja ocena jest mocno subiektywna, dlatego można od niej spokojnie odjąć jeden stopień.